.RECENZJE · Wyd. SQN

„Święto ognia” Jakub Małecki

fot. Blanka Dżugaj

Autor: Jakub Małecki
Tytuł: Święto ognia
Wydawca: SQN
Liczba stron: 254

Anastazja, przez rodzinę nazywana Nastką, ma 20 lat i poroże mózgowe. Tak jej chorobę nazywa ojciec dziewczyny, by złagodzić paskudne brzmienie jej prawidłowej wersji. Anastazja jest niesamodzielna, mieszka z ojcem, przyjaźni się z sąsiadką emerytką i podkochuje w młodym chłopaku, który codziennie mija jej okno. Uwielbia spacery i komiksy oraz marzy, by jej siostra Łucja wreszcie zatańczyła solową rolę w spektaklu baletowym.

W prozie Jakuba Małeckiego od dłuższego już czasu nie najlepiej się działo, teraz jednak stanęła ona w obliczu niemalże katastrofy. Święto ognia czyta się z rosnącym zdumieniem i pulsującym z tyłu głowy pytaniem: kto podmienił Jakuba Małeckiego i dlaczego? Niemożliwe wydaje się, że powieść tę stworzył autor Dżozefa i Dygotu – niemożliwe i przerażające, bo jeśli faktycznie odpowiada za nią ten sam człowiek, to znaczy, że albo kompletnie stracił talent, albo uległ podszeptom wydawców i menedżerów, by pisać więcej i szybciej. A taka sztuka, jak historia literatury pokazała, nawet słynącemu z pisarskiej płodności Józefowi Ignacemu Kraszewskiego nie do końca się udawała.

Kolejne uczucie towarzyszące lekturze to wściekłość. Jeśli czegoś w literaturze nie znoszę, to szantażu emocjonalnego ze strony autora, a taki właśnie manewr zastosował w Święcie ognia Jakub Małecki. Na czym ów szantaż polega? Na ukrywaniu mocno średniej treści pod otoczką doniosłości tematu i nagromadzenia nieszczęść na centymetr kwadratowy książkowej strony. Chora, ale w gruncie rzeczy szczęśliwa dziewczyna w centrum narracji, rodzinne i jednostkowe dramaty, a wszystko to pływające w taniej czułostkowości, by wywołać łzy wzruszenia u czytelnika – idealny przepis na wytworzenie fałszywej głębi opowieści. Bo gdy odłoży się Święto ognia po przeczytaniu ostatniej strony (o ile się do tejże strony dobrnie) łatwo zobaczyć, że za całą tą napuszoną doniosłością kryje się zwykła literacka wydmuszka.

Co poszło nie tak? Niemal wszystko, od fabuły począwszy. Jakub Małecki, którego znałam jako zdolnego gawędziarza, umiejącego w każdym, nawet najbardziej banalnym przejawie ludzkiego życia, znaleźć ciekawą historię, tym razem zbudował swoją opowieść na kliszach i stereotypach. Mamy więc baletnicę, wiecznie robiącą „w chórkach”, a marzącą o roli głównego łabędzia, mamy chorą na porażenie mózgowe dziewczynę, która doskonale czuje się w swoim własnym świecie, mamy romans młodej tancerki i znacznie starszego, doświadczonego przez życie mężczyzny, mamy pasję prowadzącą do dramatu, etc. etc. Wszystko to doprawione nieudolnie wkomponowaną w narrację rodzinną tajemnicą, oczywistym elementem niemal każdej powieści Jakuba Małeckiego. Banał, banał i jeszcze raz banał. Oraz totalne oderwanie od rzeczywistości: Małecki pokazuje sielankowy świat, w którym żyje Nastka – przedstawia go jako bardziej kolorowy i żywy niż ten, w którym funkcjonują zdrowi ludzi, samą bohaterkę zaś kreuje na osobę pod każdym względem stojącą na wyższym poziomie egzystencji niż pozostali. Trochę przypomina to wiejący fałszem na kilometr film Music w reżyserii Sii – tam również bohaterka z niepełnosprawnością intelektualną została sportretowana w słodko-tęczowo-jednorożcowy sposób. Próżno szukać u Małeckiego codziennych problemów, goryczy, brudu moczu i kału, zmęczenia i zniechęcenia – największym dramatem Nastki wydaje się czasem tylko cieknąca ślina. Postać przystojnego sąsiada dawała nadzieję na skonfrontowanie czytelnika ze wciąż pozostającym tabu tematem cielesności i seksualności osób z niepełnosprawnością intelektualną, niestety – na jednej scenie się skończyło, a narracja znów wpadła w utarte koleiny. Jakub Małecki podjął ryzyko opowiedzenia tej historii z punktu widzenia Anastazji – i poległ z kretesem. Nie odnalazł się w sposobie myślenia i wyrażania osoby chorej na porażenie mózgowe – Nastkowe przemyślenia rażą pretensjonalnością i infantylnością, przez co Święto ognia bardziej przypomina słabo napisaną książeczkę dla dzieci niż powieść dla dojrzałego czytelnika.

Nie mam wątpliwości, że Święto ognia odniesie komercyjny sukces, nazwisko Jakuba Małeckiego na okładce wciąż jest bowiem w stanie sprzedać każdą książkę. Kasa się zgodzi, wydawca będzie zadowolony i tylko autora żal. Wydaje się bowiem, że całkowicie pożegnał się z artystycznymi aspiracjami i zamierza pisać wyłącznie kolejne produkcyjniaki pod publiczkę. Wielka szkoda, bo wciąż (choć z mniejszą siłą niż jeszcze rok temu) wierzę, że stać go na więcej. O wiele więcej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s