.RECENZJE · Wyd. Uroboros

„Toń” Marta Kisiel

36682617_2048220871874452_7861309685339521024_n.png

Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Toń
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 320

Kiedy Dżusi Stern decyduje się wyświadczyć przysługę ciotce, jeszcze nie wie, że otwierając drzwi niewłaściwej osobie, uruchomi lawinę wydarzeń, których nie da się już cofnąć. Trzpiotowata dziewczyna, jej poukładana starsza siostra oraz kąśliwa ciotka nieoczekiwanie wplątują się w morderstwo — a to dopiero początek niebezpieczeństw, jakie na nie czyhają. Wszystkie tropy zdają się prowadzić prosto do tajemniczego mężczyzny imieniem Ramzes, o którym w środowisku antykwariuszy mówi się wyłącznie szeptem…
Przesiąknięta krwią i chciwością historia Wrocławia i Dolnego Śląska, rodzinne tajemnice i groza nie z tego świata.

Toń nie była dla mnie lekturą lekką, łatwą i przyjemną, bynajmniej od razu. Dobrnęłam z wielkim bólem serca do około setnej strony i musiałam odpocząć, od Dżusi i Eleonory i tego wszystkiego, co działo się do tego momentu. Książka swoje odleżała i z nastawieniem, że prędzej czy później będę i tak musiała się z tym tytułem zmierzyć do końca, wróciłam do niej. I jakież było moje zdziwienie, gdy po kolejnych stronach okazało się, że jestem w stanie polubić tę historię, ba!, pokochać, dać się jej ponieść i… utonąć. Chyba po prostu zabrała się za nią w złym dla niej i dla siebie momencie.

Początek i pierwsze podejście nie było najlepsze, wręcz koszmarne, niemniej później nie byłam w stanie oderwać się od tej historii. Z prędkością błyskawicy przewracałam stronę po stronie, odkrywając kolejne tajemnice z życia bohaterów. Wpadłam, jak przysłowiowa śliwka w kompot, ale wcale nie narzekałam, no może pod sam koniec, bo miałabym ochotę na jeszcze.

To, co mnie przekonało do tej historii to niewątpliwie nawiązania do mitologii, którą ubóstwiam w każdej postaci. Autorka świetnie połączyła ze sobą fantastykę z nutą sensacji i odrobiną thrillera, tworząc coś ciekawego, świeżego, co intryguje i zwraca na siebie uwagę. Nie zmienia to faktu, że w moim odczuciu styl Marty Kisiel jest specyficzny i nie mam tu na myśli, że jest zły, absolutnie. Po prostu jest charakterystyczny i nie każdemu podpasuje. Po wstępie zarzekałam się, że nigdy więcej nie sięgnę po nic jej autorstwa, jednak po skończeniu książki, nie jestem już tego taka pewna… Zobaczymy, co przyniesie przyszłość… 😉

Początkowo… ach!, ten początek… opisy okropnie mnie nużyły, odczuwałam średnią przyjemność z poznawaniem ich treści i czekałam niecierpliwie na dialogi, które z kolei wcale nie poprawiały wówczas mojego osądu. Dopiero potem przekonałam się, że wszystko ze sobą współgra, tworząc kawałek dobrej (acz niełatwej) literatury. Po pewnym czasie znalazłam w obrazach odmalowywanych przez Martę Kisiel większy sens i z przyjemnością wędrowałam razem z bohaterami po Wrocławiu, chłonąc go i tonąc w nim kilkukrotnie.
Z dialogami miałam ten sam problem! No dobrze, może odrobinę mniejszy, bo mimo wszystko, czytało się je o wiele szybciej, ale zgrzytała mi ekspresja Dżusi i jej upodobanie do dosadnych słów, że tak to ujmę. Ta jej przypadłość do samego końca do mnie nie przemawiała, ale z drugiej strony…

… takich bohaterów wykreowała Marta Kisiel. Kontrastowych i wyraźnych. Tak naprawdę miałam wrażenie, że nie ma głównych bohaterów, a przynajmniej, że nie są nimi Dżusi i Eleonora. Miałam wrażenie, że autorka tak to sobie zaplanowała, że nie było w tej książce mniej lub bardziej ważnych postaci. Wszyscy byli ważni i razem tworzyli harmonijną całość.
Pozostaje pytanie, czy wzbudzają sympatię w czytelniku. No cóż, mojej nie wzbudzili, ale też nie o to w tym chodzi, by ze wszystkimi sympatyzować, czasem trzeba kogoś lubić mniej… albo wcale.

Toń z pewnością przypadnie do gustu fanom autorki i fanom polskiej fantastyki. Na nudę narzekać nie będą mogli też czytelnicy, którzy mają w planach zmierzyć się z twórczością Marty Kisiel po raz pierwszy, jeśli tylko gładko przebrniecie przez początek. Zatem nie pozostaje Wam nic innego, jak odwiedziny we Wrocławiu Dżusi i Eleonory.

 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Uroboros.