.RECENZJE · Inne wydawnictwa

„Pocałunek morza” Anna Stryjewska

pocałunek morza

 

Autor: Anna Stryjewska
Tytuł: Pocałunek morza
Wydawnictwo: Szara Godzina
Liczba stron: 288

Patrycja w dzieciństwie straciła matkę, a później ojca, który na łożu śmierci wyjawił jej rodzinną tajemnicę. Samotna, bez rodziców i bliskich, jest wystawiona na wielką próbę. Nieszczęśliwa miłość, brak przyjaciół i nieżyczliwi ludzie motywują bohaterkę do opuszczenia nieprzyjaznej wsi. Pragnie zmierzyć się ze światem, który dla niej jest za zamkniętymi drzwiami. Wyrusza w podróż… Nawet nie wie, że w krótkim czasie jej życie się zmieni za sprawą przypadkowo poznanej kobiety.

Skusiłam się na Pocałunek morza, ponieważ zaintrygował mnie opis, okładka niestety bardziej straszy niż zachęca, ale wracając do kwestii istotnych… opis miał w sobie to „coś”, co zapowiadało zacną i ciekawą lekturę. „Miał” w tym wypadku to słowo klucz.

Zacznijmy od tego, że opis troszeczkę oszukuje. Dlaczego? Ano, dlatego że główna bohaterka przyjaciół miała, w zasadzie przyjaciółki w liczbie dwóch, z którymi to, jak zrozumiałam w trakcie lektury, łączyły ją bardzo serdeczne i ciepłe relacje.
Następna sprawa, wątek molestowania Patrycji przez zaprzyjaźnionego z jej babką mieszkańca wsi, do której została „zesłana”. W ogóle nie rozumiem tego wątku! Nie dość, że autorka w znacznej części powieści stawia na jej drodze same nieszczęścia: śmierć matki, pozostawienie u babki przez ojca, który notabene okazuje się nim nie być, oraz jego śmieć, wieczne poszturchiwania, zmuszanie do pracy w domu i polu, potem ta nieszczęśliwa miłość… i molestowanie?! Miało zaszokować? Mnie osobiście nie zaszokowało, a zniesmaczyło to, co działo się później, czyli bardzo przyjazne relacje między Patrycją a tym mężczyzną. I niech mi nikt nie próbuje wmówić, że to „normalna” relacja oprawca-ofiara, bo to zwyczajny stek bzdur. Nie mylcie syndromy sztokholmskiego z czymś takim!
Kolejna rzecz: do czasu ucieczki ze wsi, życie Patrycji nie wyglądało kolorowo, za potem oczywiście ma miejsce cud, trafia na dobrą duszę i od tego czasu można rzec, że wszystko idzie jak po maśle. Dziewczę się rozkręca, nabiera rozpędu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku buduje swoją przyszłość, po drodze potykając się o same sukcesy. Oczywiście nie mogłoby być inaczej, na jej drodze usłanej sukcesami trafia się kilka dramatów, ale to nie przeszkadza jej w pięciu się na sam szczyt. Autorka z jednej skrajności wskoczyła w drugą.

Dużo zastrzeżeń mam też do głównej bohaterki. Na początku wydawało się, że może z czasem nabierze ogłady i przeistoczy się emocjonalnie, ale niestety infantylizm pozostał, a wręcz nasilił się z czasem. Szczególnie widoczne jest to na samym końcu, gdy zamiast poinformować byłego kochanka o tym, że chłopiec jest jego dzieckiem, odchodzi. Gdzie tu sens i logika, jeśli ona sama łaknęła dowiedzieć się, kim był jej ojciec?! Dziecinada i wyrachowanie, i to kosztem dziecka… niczego nie nauczyło ją życie. Niestety.
Pozostali bohaterowie giną gdzieś w tle, zupełnie się rozmywając.

Pocałunek morza czyta się dość szybko, jednak nie licznie na brawurową lekturę i zwroty akcji, które wbiją Was w fotel. Tego tutaj nie znajdziecie, za to otoczycie się kilogramami ponurej aury, jaka bije od książki, która wręcz przytłacza. I nawet „lepsze życie Patrycji” nie zaciera tego odczucia, cała powieść bowiem jest emocjonalnie ciężka, ma bardzo negatywny wydźwięk… wręcz depresyjny. A szkoda, bo autorka mimo wszystko ma lekkie pióro i potencjał.

Podsumowując: Pocałunek morza rozczarował mnie swoją energią, a raczej antyenergią. Autorka poupychała w tej historii zbyt wiele wątków, część z nich bowiem nie wnosiła nic do historii, część, gdyby była rozbudowana, nadałaby tej historii kolorów i głębi. Niemniej, jeśli na rynku ukaże się kolejna powieść, nie odmówię sobie zapoznania się z jej treścią, a nuż wówczas odkryję to, czego nie znalazłam w Pocałunku morza.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Szara Godzina.