.RECENZJE · Wyd. Novae Res

/Przedpremierowo/ „Czarodziej Magnus” Mikołaj Blechert

czarodziejmagnus

Autor: Mikołaj Blechert
Tytuł: Czarodziej Magnus
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 284

Opowieść dla ludzi odważnych, którzy szukają nowych wyzwań.
Jak możesz sprawdzić, kim tak naprawdę jesteś, jeśli nie zostałeś nigdy wystawiony na próbę? Czarodziej Magnus wie, że tylko w konfrontacji z niebezpiecznymi siłami będzie mógł udowodnić swoją moc. Rozpoczyna więc długą wędrówkę, podczas której spotka ludzi, którzy pomogą mu odkryć swoją tożsamość.
Walki z potworami, niebezpieczne wyzwania, szalone hulanki i swawole, a także piękne kobiety – w tej baśniowej opowieści wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie, a kolejne przygody wciągają czytelnika w wir magicznego świata zamieszkanego przez elfy, krasnoludy i czarodziejów.

Zastanawiałam się, jak ugryźć ten wpis. Co napisać i jak, ponieważ jedyne co ciśnie mi się pod palce to – trzymajcie się od tej „powieści” z daleka. Książka faktycznie jest wyzwaniem dla odważnych, którzy mają ochotę zamęczyć się na amen.

Dawno już nie miałam w rękach „powieści”, której czytanie było zwykłą katorgą z pogranicza masochizmu. Nie porwało mnie od początku, liczyłam, że może z czasem coś się będzie działo, ale dość szybko dotarło do mnie, że nie ma szans na poprawę… Stanęłam więc przed dylematem – dokończyć, czy może zrezygnować, ale z natury jestem masochistką – podjęłam się dotarcia do ostatniej strony…
Opis był ciekawy. Był. Nastawiłam się więc na wartką akcję z plejadą istot magicznych… Nie spodziewałam się jednak pornofantastyki. Bo jak inaczej nazwać coś, co kręci się wokół, ha!, chędożenia… cóż bowiem innego może robić mag, gdy nie ma co robić (poza obżeraniem się i (u)piciem), tylko obracać panienki… Pomijam ten drobny niuans, albowiem Magnus miast myśleć głową, myślą (najczęściej) główką… I to owa różdżka wiodła go przez znaczną część jego życia…
Ale to nadal nie jest argument przemawiający za tym, by nazwać książkę pornofantastyką. Kolejna rzecz, która dla mnie jest absurdalna to sytuacja opisana przez autora, gdzie lud ucieka przed śmiercią w poszukiwaniu jakiegokolwiek schronienia i w owym schronieniu naparzają się jak króliki – mówiąc kolokwialnie – każdy z każdym, wszędzie gdzie się da, w imię zasady, by zaznać jeszcze odrobinę przyjemności przed zbliżającą się śmiercią. Poważnie? Czy w chwili zagrożenia życia, akurat to zaprzątałoby Wasze myśli i… czyny? Szczerze wątpię.
Pominę tylko „wtrącenia” dotyczące gejów – okropieństwo.

Kolejna sprawa. Nazewnictwo. Istny miszmasz. Trochę „po polsku”, trochę „po fantastycznemu”. Nijak nie pasowały mi tutaj imiona bohaterów. Jedne wymyśle jak chociażby imiona magów, a obok nich polskie popularne imiona – Weronika, Karolina itd. Wizualnie zgryz straszny…
Tak samo nazwy miejsc… Mamy Andorę – brzmi znajomo, prawda?, do tego Koniaszów i masa nazw, które z powieścią fantasy kojarzą się bez dwóch zdań… O ile na Andorę można przymną oko, o tyle ten Koniaszów… jak wół do karocy.

I bohaterowie. Wiedzeni chucią, ewentualnie żądzą mordu… Poza tym to postaci płaskie. Irytujące do granic możliwości. Często pozbawieni jakichkolwiek ludzkich uczuć, bo ileż można żyć chęcią „umoczenia”, zaspokajania cielesnych rozkoszy…? W przypadku Magnusa i jego późniejszych kompanów. Można.
Cytując głównego bohatera: Olać wojnę, chodźmy się pieprzyć. – i to chyba idealnie podsumowuje całość…

Zapomniałam wspomnieć o stylizacji całości na aurę średniowiecza. Ajć. 2/3 wyszły autorowi z niewielkimi potknięciami… Później… Później można „się gonić”… Konsekwencja upada… i dzieje się istna samowolka słowna…
I najciekawsza rzecz w tym wszystkim. Sieć magów – coś jak facebook – miejsce, gdzie mogą poplotkować, oznajmić z kim się aktualnie… spotykają, gdzie można zaliczyć jakieś przyjęcie… Hmmm… Biorąc pod uwagę surowość czasów, w jakich rozgrywa się akcja… Absurd.

Chciałabym napisać, że chociaż czytało się szybko. Niestety, nie czytało. I nawet dialogi nie pomagały, było bowiem tak puste, a momentami infantylne, że… aż prosiło się, by zakopać tę „powieść” głęboko pod ziemią i udawać, że nigdy nie istniała…

Podsumowując: Żałuję każdej minuty poświęconej temu tworowi. Każdej.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Novae Res.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s